POLSKI

Kapuściany Osioł

ENGLISH

Donkey cabbages


Był sobie kiedyś młody myśliwy, który poszedł na czaty do lasu. Jego serce było młode i radosne, a gdy tak szedł i gwizdał na liściu, nadeszła stara brzydka mateczka, która go zagadnęła i rzekła: "Dzień dobry, drogi myśliwy, radosny jesteś i szczęśliwy, lecz ja cierpię głód i pragnienie, dajże mi jałmużny." Pożałował myśliwy biednej mateczki, sięgnął do kieszeni i dał jej trochę podług swego majątku. Chciał iść dalej, ale stara kobieta zatrzymała go i rzekła: "Posłuchaj, drogi myśliwy, co ci powiem, za twe dobre serce zrobię ci prezent: Idź swoją drogą, za chwilkę dojdziesz do drzewa, na którym siedzi dziewięć ptaków, w pazurach dzierżą płaszcz i wyrywają go sobie. Przyłóż wtedy flintę i strzelaj w sam środek. Puszczą wtedy płaszcz, lecz trafisz też jednego z ptaków i spadnie martwy na ziemię. Zabierz płaszcz, to płaszcz zaklęty, gdy zarzucisz go na ramiona, wystarczy że będziesz sobie życzył być w jakimś miejscu, a wnet się tam znajdziesz. Z martwego ptaka wyjmij serce i połknij je w całości, a gdy będziesz wstawał, każdego ranka znajdziesz sztukę złota pod poduszką."

Myśliwy podziękował mądrej kobiecie i pomyślał sobie: "Piękne rzeczy mi obiecała, gdyby tylko się spełniły." Gdy jednak zrobił jakieś sto kroków, usłyszał krzyk i ćwierkot nad sobą w gałęziach, że aż spojrzał do góry. Zobaczył tam kupę ptaków, targały dziobami i nogami jakąś chustę, krzyczały, szarpały się i mocowały, jakby każdy chciał ją mieć tylko dla siebie. "No." Rzekł myśliwy, "Niesłychane, jest dokładnie tak, jak rzekła mateczka," zdjął flintę z pleców, przyłożył i strzelił w sam środek, że aż pióra się posypały. Zwierzyna w wielkim krzyku rzuciła się do ucieczki, ale jeden ptak spadł martwy wraz z płaszczem. Uczynił więc myśliwy, co mu stara przykazała, rozciął ptaka, poszukał serca i połknął je, a płaszcz zabrał do domu.

Następnego ranka, gdy się obudził, przypomniał sobie o obietnicy i chciał zobaczyć, czy się spełniła. Gdy podniósł swą poduszkę, zabłyszczała mu sztuka złota, następnego zaś ranka znalazł kolejną i tak zawsze, gdy wstawał. Uzbierał sobie kupę złota, w końcu pomyślał: "Cóż mi po całym tym złocie, jeśli zostanę w domu? Pójdę rozejrzeć się po świecie."

Pożegnał się z rodzicami, przewiesił swój myśliwski tornister i flintę i wyruszył w świat. Zdarzyło się, że gdy szedł pewnego dnia przez gęsty las, a ten właśnie się kończył, ujrzał przed sobą na równinie okazały zamek. W jednym z jego okien stała starucha z przepiękną dziewicą i patrzyła w dół. Starucha była wiedźmą i rzekła do dziewczyny "Tam wychodzi ktoś z lasu, a ma w sobie cudowny skarb, dlatego musimy go urzec, córeczko, nam będzie z nim lepiej do twarzy niż mu. Ma przy sobie ptasie serce, dlatego pod jego poduszką co ranek leży sztuka złota." Opowiedziała jej, jak tego dokonać, i co musi odegrać, na końcu zaś zagroziła jej i rzekła z gniewnym wzrokiem: "Jeśli nie będziesz mnie słuchać, spotka cię nieszczęście." Gdy myśliwy podszedł bliżej, ujrzał dziewczynę i rzekł sobie "wędruję od tak dawna, dobrze by wypocząć i zawitać w tym pięknym zamku, pieniędzy mam ci ja w bród." Właściwą jednak przyczyną był piękny obraz, jaki jego oczy ujrzały.

Wszedł do domu, a przyjęto go uprzejmie i tak samo ugoszczono. Nie trwało długo, a tak zakochał się w córce czarownicy, że nie myślał o niczym innym i patrzył jeno za jej oczyma, a czego chciała, to i robił chętnie. Starucha rzekła wtedy: "Musimy mieć to ptasie serce, nic nie poczuje, gdy mu go braknie." Sporządziła napój, a gdy był już ugotowany, nalała go do kubka i dała dziewczynie, by podała go myśliwemu. Ona zaś rzekła "Najdroższy, wypij za mnie." Wziął więc kubek, a gdy wypił napój, wyrzucił z ciała serce ptaka. Dziewczyna musiała je potajemnie wynieść i połknąć, bo tak chciała tego starucha. Od tej pory nie znajdywał już złota pod poduszką, leżało ono pod poduszką dziewczyny, skąd zabierała je stara co ranek. Był jednak tak zakochany i ogłupiały, że nie myślał o niczym innym, jak tylko o spędzaniu czasu z dziewczyną.

Wtedy rzekła stara: "Ptasie serce już mamy, teraz musimy mu jeszcze zabrać czarodziejski płaszcz." Dziewczyna odpowiedziała: "Zostawmy mu go, stracił przecież całe swoje bogactwo." Stara zezłościła się i rzekła: "taki płaszcz to cudowna rzecz, rzadko spotyka się taką na świecie, musimy go mieć." Potem zbiła dziewczynę i rzekła, że jeśli nie będzie posłuszna, to będzie z nią źle. Czyniła więc wedle rozkazu starej, stanęła razu pewnego przed oknem i patrzyła w dal, jakby była bardzo smutna. Myśliwy zapytał: "Czemu stoisz taka smutna?" – "Ach, skarbie," odpowiedziała, "Leży tam w dali granatowa góra, gdzie rosną wspaniałe kamienie szlachetne. Noszę w sobie tak wielkie ich pragnienie, że, gdy o tym myślę, robię się smutna. Ale któż może po nie pójść? Tylko ptaki, które latają, dotrą do tego miejsca, człek zaś przenigdy." – "Jeśli nie trapi cię nic więcej," rzekł myśliwy, "wnet zdejmę ten smutek z twojego serca." Po tych słowach okrył ją płaszczem i zażyczył sobie, by znalazł się na granatowej górze i w tejże chwili siedzieli na niej we dwoje. Szlachetne kamienie błyszczały ze wszystkich stron, że aż miło było patrzeć, zbierali najpiękniejsze i najkosztowniejsze. Stara sprawiła jednak swą czarodziejską sztuką, że oczy myśliwego zrobiły się ciężkie. Rzekł tedy do dziewczyny "Usiądźmy na chwilę i odpocznijmy, jestem taki zmęczony, że nie mogę utrzymać się na nogach." Usiedli więc, a on położył swą głowę na jej kolanach i zasnął. Gdy tak spał, zdjęła płaszcz z jego pleców i sama go nałożyła, zebrała granaty i zażyczyła sobie, by znaleźć się w domu.

Gdy myśliwy przebudził się ze snu, zobaczył, że ukochana go oszukała i zostawiła samego na dzikiej górze. "O," rzekł, "jak wielka jest niewierność na tym świecie!" Siedział zatroskany, a smutek trapił jego serce i nie wiedział, co począć. Góra należała do dzikich i potwornych olbrzymów, którzy na niej mieszkali i pędzili swój żywot, a nie siedział długo, gdy ujrzał, że nadchodzi trzech z nich. Położył się na ziemi, jakby zapadł w głęboki sen. Olbrzymy podeszły, pierwszy trącił go nogą i rzekł "Co to za robactwo leży na ziemi i gapi się w jej głąb?" Drugi rzekł "Rozdepcz go." Trzeci zaś rzekł z pogardą: "To by dopiero było godne zachodu! Niech sobie żyje, tutaj nie może zostać, a jeśli wejdzie na szczyt góry, dopadną go chmury i uniosą w dal." Po tej rozmowie odeszli, myśliwy zaś zważał na ich słowa i gdy tylko odeszli, wstał i wspiął się na szczyt góry. Gdy siedział tam chwilkę, przyfrunęła chmura, chwyciła go, niosła go daleko po niebie, potem opadła nad wielkim dokoła otoczonym murem ogrodem, tak że osiadł delikatnie na ziemi między warzywami a kapustą.

Myśliwy rozejrzał się i rzekł "Gdybym tylko miał coś do jedzenia, jestem taki głodny, będzie mi ciężko iść dalej, a tu nie widzę jabłka ni gruszki, ani żadnych owoców, wszędzie nic tylko zielenina." W końcu pomyślał "W biedzie można zjeść i sałatę, nie smakuje szczególnie, ale mnie odświeży." Wyszukał więc sobie piękną główkę i ją jadł, ledwo jednak przełknął parę kęsów, zrobiło mu się jakoś dziwnie, poczuł się całkiem odmieniony. Wyrosły mu cztery nogi, gruba głowa i dwoje długich uszu, z przerażeniem ujrzał, że zmienił się w osła. A że wciąż odczuwał wielki głód, a podle jego nowej natury soczysta sałata bardzo mu smakowała, jadł coraz bardziej ochoczo. W końcu dotarł do innego gatunku sałaty, ledwo jednak przełknął jej trochę, odczuł nową zmianę i powrócił do ludzkiej postaci.

Położył się więc myśliwy i odespał całe zmęczenie. Gdy obudził się następnego ranka, urwał sobie po główce dobrej i złej sałaty, myśląc sobie: "pomoże to moim i ukarze niewierność." Schował główki, wspiął się przez mur i odszedł, by szukać zamku ukochanej. Tułał się dni parę, ale szczęśliwie go odnalazł. Twarz przemalował na brązowo, że rodzona matka by go nie poznała, poszedł na zamek i poprosił o schronienie. "Jestem bardzo zmęczony" rzekł "i nie mogę iść dalej." Wiedźma zapytała: "Powiedzcie mi, ziomku, za jakim idziecie interesem?" Odpowiedział jej: "Jestem posłańcem króla, wysłano mnie, bym znalazł najsmaczniejszą sałatę, jaka rośnie pod tym słońcem. Miałem szczęście i ją znalazłem, niosę ją ze sobą, ale upał pali tak mocno, że delikatne ziele grożą zwiędnięciem i nie wiem, czy je doniosę."

Gdy stara usłyszała o tak smacznej sałacie, nabrała na nią ochoty i rzekła: "Drogi ziomku, dajcie mi spróbować tej cudownej sałaty." – "Czemu nie?" odpowiedział, "Przyniosłem dwie główki i jedną wam dam," otworzył worek i podał jej tą złą. Wiedźma nie podejrzewała niczego, a ślinka ciekła jej w ustach na myśl o nowej potrawie tak bardzo, że sama poszła do kuchni i przygotowała sałatę. Gdy skończyła, nie była w stanie czekać, aż stanie na stole, od razu wzięła parę liści i wsadziła je do ust, ledwo jednak je połknęła, straciła ludzką postać i wybiegała jako oślica na podwórzec. Przyszła i służka do kuchni, ujrzała gotową sałatę i chciała ją podać, po drodze jednak napadła ją ochota wedle starych nawyków by jej spróbować, zjadła więc parę liści. Wnet wyszła na jaw ich cudowna moc i zmieniła się w oślicę, poczym wybiegła do starej, a miska z sałatą poleciała na podłogę. Posłaniec siedział w tym czasie u pięknej dziewczyny. Gdy nikt z sałatą nie przychodził, a i ona miała na nią ochotę, rzekła: "Nie wiem, co z tą sałatą." Myśliwy pomyślał wtedy sobie "Ziele musiało już zadziałać," i rzekł: "Pójdę się rozeznać do kuchni." Gdy wyszedł, zobaczył dwie oślice biegające po podwórzu, sałata zaś leżała na ziemi. "Mają za swoje," rzekł, "Te dwie odebrały już swą część," podniósł pozostałe liście, położył je w misce i zaniósł dziewczynie. "Sam wam przynoszę to przednie jedzenie," rzekł, "abyście dłużej nie musiały czekać." Zjadła więc, jak reszta straciła ludzką postać i jako ośliczka biegała po podwórzu.

Myśliwy obmył swą twarz, tak że krewni znów mogliby go rozpoznać. Wyszedł na podwórze i rzekł: "Teraz dostaniecie nagrodę za waszą niewierność." Związał wszystkie trzy powrozem i pędził aż doszli do młyna. Zapukał w okno, młynarz wystawił głowę i spytał czego sobie życzy. "Mam trzy złe zwierzęta," odpowiedział, "których nie chcę dłużej chować. Jeśli je sobie weźmiecie, dacie im stajnię i jedzenie, jak wam to powiem, zapłacę wam za to, ile zechcecie." Młynarz rzekł: "Czemu nie? Jak mam je trzymać?" Myśliwy rzekł, że starej oślicy, a była to wiedźma, ma dawać trzy razy dziennie baty i tylko raz jedzenie, młodszej, która była służką, raz baty i trzy razy jedzenie, a najmłodszej, która była dziewczyną, żadnych batów, tylko trzy razy jedzenie, bo jego serce nie wytrzymałoby tego, gdyby dziewczyna była bita. Wrócił potem na zamek, a czego mu było trzeba, to też i tam znalazł.

Po paru dniach przyszedł młynarz i rzekł, że stara oślica, która dostawała jeno baty i tylko raz jedzenie, zdechła. "Dwie pozostałe," rzekł, "wprawdzie nie pozdychały i dostają trzy razy jedzenie, ale są takie smutne, że nie potrwa to z nimi długo." Ulitował się wtedy myśliwy, jego gniew minął. Młynarzowi kazał przypędzić oślice. A gdy przyszły, dał im do zjedzenia dobrej sałaty i znowu stały się ludźmi. Piękna dziewczyna padła przed nim na kolana i rzekła: "Ach, mój kochany, przebacz mi całe zło, które tobie uczyniłam. Zmusiła mnie do tego matka. Stało się wbrew mej woli, bo kocham was z całego serca. Twój czarodziejski płaszcz wisi w szafie, a ptasie serce oddam, gdy wezmę miksturę na wymioty." On miał jednak co innego w zamyśle. "Zachowaj to, wszystko mi jedno, bo chcę wziąć cię za żonę." A potem było wesele i żyli razem w szczęściu aż do śmierci.

Tłumaczył Jacek Fijołek, © Jacek Fijołek
There was once a young huntsman who went into the forest to lie in wait. He had a fresh and joyous heart, and as he was going thither, whistling upon a leaf, an ugly old crone came up, who spoke to him and said, "Good-day, dear huntsman, truly you are merry and contented, but I am suffering from hunger and thirst, do give me an alms." The huntsman had compassion on the poor old creature, felt in his pocket, and gave her what he could afford. He was then about to go further, but the old woman stopped him and said, "Listen, dear huntsman, to what I tell you; I will make you a present in return for your kindness. Go on your way now, but in a little while you will come to a tree, whereon nine birds are sitting which have a cloak in their claws, and are plucking at it; take your gun and shoot into the midst of them, they will let the cloak fall down to you, but one of the birds will be hurt, and will drop down dead. Carry away the cloak, it is a wishing-cloak; when you throw it over your shoulders, you only have to wish to be in a certain place, and you will be there in the twinkling of an eye. Take out the heart of the dead bird and swallow it whole, and every morning early, when you get up, you will find a gold piece under your pillow." The huntsman thanked the wise woman, and thought to himself, "Those are fine things that she has promised me, if all does but come true." And verily when he had walked about a hundred paces, he heard in the branches above him such a screaming and twittering that he looked up and saw there a crowd of birds who were tearing a piece of cloth about with their beaks and claws, and tugging and fighting as if each wanted to have it all to himself. "Well," said the huntsman, "this is wonderful, it has really come to pass just as the old wife foretold!" and he took the gun from his shoulder, aimed and fired right into the midst of them, so that the feathers flew about. The birds instantly took to flight with loud outcries, but one dropped down dead, and the cloak fell at the same time. Then the huntsman did as the old woman had directed him, cut open the bird, sought the heart, swallowed it down, and took the cloak home with him.
Next morning, when he awoke, the promise occurred to him, and he wished to see if it also had been fulfilled. When he lifted up the pillow, the gold piece shone in his eyes, and next day he found another, and so it went on, every time he got up. He gathered together a heap of gold, but at last he thought, "Of what use is all my gold to me if I stay at home? I will go forth and see the world."

He then took leave of his parents, buckled on his huntsman's pouch and gun, and went out into the world. It came to pass, that one day he travelled through a dense forest, and when he came to the end of it, in the plain before him stood a fine castle. An old woman was standing with a wonderfully beautiful maiden, looking out of one of the windows. The old woman, however, was a witch and said to the maiden, "There comes one out of the forest, who has a wonderful treasure in his body, we must filch it from him, my dear daughter, it is more suitable for us than for him. He has a bird's heart about him, by means of which a gold piece lies every morning under his pillow." She told her what she was to do to get it, and what part she had to play, and finally threatened her, and said with angry eyes, "And if you do not attend to what I say, it will be the worse for you." Now when the huntsman came nearer he descried the maiden, and said to himself, "I have travelled about for such a long time, I will take a rest for once, and enter that beautiful castle. I have certainly money enough." Nevertheless, the real reason was that he had caught sight of the pretty girl.

He entered the house, and was well received and courteously entertained. Before long he was so much in love with the young witch that he no longer thought of anything else, and only saw things as she saw them, and did what she desired. The old woman then said, "Now we must have the bird's heart, he will never miss it." She prepared a drink, and when it was ready, poured it into a cup and gave it to the maiden, who was to present it to the huntsman. She did so, saying, "Now, my dearest, drink to me." So he took the cup, and when he had swallowed the draught, he brought up the heart of the bird. The girl had to take it away secretly and swallow it herself, for the old woman would have it so. Thenceforward he found no more gold under his pillow, but it lay instead under that of the maiden, from whence the old woman fetched it away every morning; but he was so much in love and so befooled, that he thought of nothing else but of passing his time with the girl.

Then the old witch said, "We have the bird's heart, but we must also take the wishing-cloak away from him." The girl answered, "We will leave him that, he has lost his wealth." The old woman was angry and said, "Such a mantle is a wonderful thing, and is seldom to be found in this world. I must and will have it!" She gave the girl several blows, and said that if she did not obey, it should fare ill with her. So she did the old woman's bidding, placed herself at the window and looked on the distant country, as if she were very sorrowful. The huntsman asked, "Why dost thou stand there so sorrowfully?" - "Ah, my beloved," was her answer, "over yonder lies the Garnet Mountain, where the precious stones grow. I long for them so much that when I think of them, I feel quite sad, but who can get them? Only the birds; they fly and can reach them, but a man never." - "Hast thou nothing else to complain of?" said the huntsman. "I will soon remove that burden from thy heart." With that he drew her under his mantle, wished himself on the Garnet Mountain, and in the twinkling of an eye they were sitting on it together. Precious stones were glistening on every side so that it was a joy to see them, and together they gathered the finest and costliest of them. Now, the old woman had, through her sorceries, contrived that the eyes of the huntsman should become heavy. He said to the maiden, "We will sit down and rest awhile, I am so tired that I can no longer stand on my feet." Then they sat down, and he laid his head in her lap, and fell asleep. When he was asleep, she unfastened the mantle from his shoulders, and wrapped herself in it, picked up the garnets and stones, and wished herself back at home with them.

But when the huntsman had had his sleep out and awoke, and perceived that his sweetheart had betrayed him, and left him alone on the wild mountain, he said, "Oh, what treachery there is in the world!" and sat down there in care and sorrow, not knowing what to do. But the mountain belonged to some wild and monstrous giants who dwelt thereon and lived their lives there, and he had not sat long before he saw three of them coming towards him, so he lay down as if he were sunk in a deep sleep. Then the giants came up, and the first kicked him with his foot and said, "What sort of an earth-worm is lying curled up here? The second said, "Step upon him and kill him." But the third said, "That would indeed be worth your while; just let him live, he cannot remain here; and when he climbs higher, toward the summit of of the mountain, the clouds will lay hold of him and bear him away." So saying they passed by. But the huntsman had paid heed to their words, and as soon as they were gone, he rose and climbed up to the summit of the mountain, and when he had sat there a while, a cloud floated towards him, caught him up, carried him away, and travelled about for a long time in the heavens. Then it sank lower, and let itself down on a great cabbage-garden, girt round by walls, so that he came softly to the ground on cabbages and vegetables.

Then the huntsman looked about him and said, "If I had but something to eat! I am so hungry, and my hunger will increase in course of time; but I see here neither apples nor pears, nor any other sort of fruit, everywhere nothing but cabbages," but at length he thought, "At a pinch I can eat some of the leaves, they do not taste particularly good, but they will refresh me." With that he picked himself out a fine head of cabbage, and ate it, but scarcely had he swallowed a couple of mouthfuls than he felt very strange and quite different.

Four legs grew on him, a large head and two thick ears, and he saw with horror that he was changed into an ass. Still as his hunger increased every minute, and as the juicy leaves were suitable to his present nature, he went on eating with great zest. At last he arrived at a different kind of cabbage, but as soon as he had swallowed it, he again felt a change, and reassumed his former human shape.

Then the huntsman lay down and slept off his fatigue. When he awoke next morning, he broke off one head of the bad cabbages and another of the good ones, and thought to himself, "This shall help me to get my own again and punish treachery." Then he took the cabbages with him, climbed over the wall, and went forth to seek for the castle of his sweetheart. After wandering about for a couple of days he was lucky enough to find it again. He dyed his face brown, so that his own mother would not have known him; and begged for shelter: "I am so tired," said he, "that I can go no further." The witch asked, "Who are you, countryman, and what is your business?" - "I am a King's messenger, and was sent out to seek the most delicious salad which grows beneath the sun. I have even been so fortunate as to find it, and am carrying it about with me; but the heat of the sun is so intense that the delicate cabbage threatens to wither, and I do not know if I can carry it any further."

When the old woman heard of the exquisite salad, she was greedy, and said, "Dear countryman, let me just taste this wonderful salad." - "Why not?" answered he, "I have brought two heads with me, and will give you one of them," and he opened his pouch and handed her the bad cabbage. The witch suspected nothing amiss, and her mouth watered so for this new dish that she herself went into the kitchen and dressed it. When it was prepared she could not wait until it was set on the table, but took a couple of leaves at once, and put them in her mouth, but hardly had she swallowed them than she was deprived of her human shape, and she ran out into the courtyard in the form of an ass. Presently the maid-servant entered the kitchen, saw the salad standing there ready prepared, and was about to carry it up; but on the way, according to habit, she was seized by the desire to taste, and she ate a couple of leaves. Instantly the magic power showed itself, and she likewise became an ass and ran out to the old woman, and the dish of salad fell to the ground. Meantime the messenger sat beside the beautiful girl, and as no one came with the salad and she also was longing for it, she said, "I don't know what has become of the salad." The huntsman thought, "The salad must have already taken effect," and said, "I will go to the kitchen and inquire about it." As he went down he saw the two asses running about in the courtyard; the salad, however, was lying on the ground. "All right," said he, "the two have taken their portion," and he picked up the other leaves, laid them on the dish, and carried them to the maiden. "I bring you the delicate food myself," said he, "in order that you may not have to wait longer." Then she ate of it, and was, like the others, immediately deprived of her human form, and ran out into the courtyard in the shape of an ass.

After the huntsman had washed his face, so that the transformed ones could recognize him, he went down into the courtyard, and said, "Now you shall receive the wages of your treachery," and bound them together, all three with one rope, and drove them along until he came to a mill. He knocked at the window, the miller put out his head, and asked what he wanted. "I have three unmanageable beasts," answered he, "which I don't want to keep any longer. Will you take them in, and give them food and stable room, and manage them as I tell you, and then I will pay you what you ask." The miller said, "Why not? But how am I to manage them?" The huntsman then said that he was to give three beatings and one meal daily to the old donkey, and that was the witch; one beating and three meals to the younger one, which was the servant-girl; and to the youngest, which was the maiden, no beatings and three meals, for he could not bring himself to have the maiden beaten. After that he went back into the castle, and found therein everything he needed.

After a couple of days, the miller came and said he must inform him that the old ass which had received three beatings and only one meal daily was dead; "the two others," he continued, "are certainly not dead, and are fed three times daily, but they are so sad that they cannot last much longer." The huntsman was moved to pity, put away his anger, and told the miller to drive them back again to him. And when they came, he gave them some of the good salad, so that they became human again. The beautiful girl fell on her knees before him, and said, "Ah, my beloved, forgive me for the evil I have done you; my mother drove me to it; it was done against my will, for I love you dearly. Your wishing-cloak hangs in a cupboard, and as for the bird's-heart I will take a vomiting potion." But he thought otherwise, and said, "Keep it; it is all the same, for I will take thee for my true wife." So the wedding was celebrated, and they lived happily together until their death.




Porównaj dwóch językach:













Donations are welcomed & appreciated.


Thank you for your support.