Dwaj królewiątka





Dwaj królewiątka Bajki

Bajki braci Grimm
7.8/10 - 73 głosy
Dwaj królewiątka
Był sobie raz król, któremu urodził się synek. Z losem chłopca łączyła się przepowiednia, że mając lat szesnaście zostanie zabity przez jelenia. Kiedy doszedł już do tego wieku, wybrał się wraz z myśliwymi na polowanie. W lesie królewicz odłączył się od innych. Nagle patrzy, a tu biegnie przed nim rosły jeleń; mierzy do niego, ale ani rusz nie może trafić. Zwierz tak długo wodził go za sobą, aż nareszcie znaleźli się poza lasem. Wtem, ni stąd, ni zowąd, zamiast jelenia królewicz widzi przed sobą ogromnego męża, który w te słowa się do niego odzywa:

- No, całe szczęście, żem cię wreszcie dopadł. Sześć par szklanych łyżew już za tobą zjeździłem i żadną miarą złapać cię nie mogłem.

Zabiera chłopca i wlecze przez wielką wodę do okazałego królewskiego pałacu. Rozkazał mu, aby zasiadł obok niego przy stole i coś niecoś przekąsił. Kiedy już sobie trochę podjedli, król rzekł:

- Mam ja trzy córki, przy najstarszej będziesz musiał czuwać przez całą noc, od dziewiątej godziny wieczorem aż do szóstej rano. Ja sam osobiście będę przychodził pod drzwi, ilekroć dzwon zabije, i będę cię wołał. A jeśli mi nie odpowiesz, nazajutrz zostaniesz stracony. Jeśli mi zaś za każdym razem odpowiesz, dam ci moją córkę za żonę.

Kiedy młodzi weszli do sypialni, królewicz ujrzał kamienną postać Krzysztofa. Królewna rzekła do niego:

- Począwszy od dziewiątej ojciec mój co godzina będzie pod drzwi przychodził, aż do wybicia trzeciej. A jak zapyta, ty mu odpowiadaj miast królewicza.

Kamienny Krzysztof pokiwał na to głową. Zrazu bardzo prędko, potem coraz wolniej, aż wreszcie znieruchomiał. Nazajutrz powiada król do królewicza:

- Dobrze się spisałeś, ale córki dać ci nie mogę, jeszcze jedną noc musisz czuwać w sypialni drugiej, a wtedy się zastanowię, czy oddać ci najstarszą za żonę. Będę przychodził co godzina i wołał ciebie, a ty mi masz odpowiadać. Jeśli zawołam, a ty mi nie odpowiesz, krew twoja dla mnie popłynie.

Udali się więc oboje młodzi do komnaty. I stał tam jeszcze potężniejszy kamienny Krzysztof. Królewna rzekła do niego:

- Kiedy mój ojciec zapyta, ty mu odpowiedz!

Na co wielki kamienny Krzysztof znowu zaczął kiwać głową, zrazu bardzo prędko, potem coraz wolniej, aż wreszcie całkiem znieruchomiał. Królewicz zaś legł na progu, podłożył sobie rękę pod głowę i usnął. Nazajutrz król rzekł do niego:

- Wprawdzie dobrze się spisałeś, ale córki dać ci nie mogę, jeszcze jedną noc musisz czuwać przy najmłodszej królewnie. Wtedy się zastanowię, czy oddać ci średnią za żonę. I będę przychodził co godzina, a jak cię zawołam, ty masz mi odpowiadać. Jeśli zawołam, a ty mi nie odpowiesz, wówczas krew twoja dla mnie się poleje.

I młodzi poszli razem do sypialni. I tam również stał kamienny Krzysztof, jeszcze potężniejszy i wyższy od dwóch poprzednich. Królewna rzekła do niego:

- Jak mój ojciec zawoła, to ty mu odpowiedz!

Na co potężny, długi kamienny Krzysztof chyba z pół godziny kiwał głową, zanim mu ona znieruchomiała. A królewicz położył się na progu i usnął. Nazajutrz król rzekł:

- Czuwałeś wprawdzie jak należy, ale córki nie mogę ci jeszcze oddać. Mam bardzo wielki las i jeśli go wyrąbiesz dziś od szóstej rano do szóstej wieczór, to raz jeszcze całą sprawę rozważę.

Dał królewiczowi szklaną siekierę, szklany klin i szklany toporek. Kiedy młodzian poszedł do lasu i zabrał się do rąbania, siekiera od razu pękła na pół. Wziął więc klin i ledwie uderzył w niego toporkiem, rozleciał się na drobne kawałki. Biedak zmartwił się bardzo i był pewien, że teraz już śmierć go nie ominie. Usiadł i zaczął płakać. Nadeszło południe i król rzekł:

- Dziewczęta, jedna z was musi mu teraz zanieść coś do jedzenia.

- O, nie - odpowiedziały dwie starsze. - My nie będziemy mu nic zanosiły. Niech go obsłuży ta, przy której czuwał ostatnią noc.

Najmłodsza musiała więc iść do lasu z jedzeniem dla królewicza. Kiedy znalazła go w lesie, spytała zaraz, jak mu się wiedzie.

- Och - odpowiedział. - Całkiem źle.

Poprosiła go tedy, żeby się do niej zbliżył i coś przegryzł.

- O, nie - odrzekł. - Żadnym sposobem, bo przecież śmierć mnie czeka i nie pora teraz na jedzenie.

Wtedy królewna tak miłymi słowy zaczęła go namawiać, aby choć odrobinkę spróbował, że w końcu podszedł do niej i zjadł troszkę. Kiedy już się nieco posilił, królewna rzekła:

- Teraz podrapię cię chwilkę za uchem i zaraz zrobi ci się raźniej na duchu.

Podrapała go więc, a wtedy on poczuł się tak znużony, że natychmiast zasnął. Królewna zdjęła czym prędzej chustkę z głowy, zawiązała na niej supeł i uderzyła nim trzykroć o ziemię, wołając:

- Hej, czeladka, do mnie!

W tejże chwili powyłaziło z rozmaitych nor mnóstwo podziemnych ludzików, gotowych do spełnienia rozkazów królewny.

Rzekła im więc:

- W ciągu trzech godzin cały ten wielki las ma być wyrąbany i wszystko drzewo ustawione w sągi!

Podziomki pobiegły więc skrzyknąć swych krewniaków i znajomych do pomocy przy robocie. Po czym zabrały się szparko do dzieła i w ciągu trzech godzin wszystko było gotowe, a mali robotnicy przybiegli do królewny, żeby jej to powiedzieć. Wtedy ona machnęła znów swoją białą chusteczką i zawołała:

- Czeladka, marsz, do domu!

I cała gromadka zniknęła pod ziemią. Kiedy królewicz się zbudził, rad był z całego serca. Ona zaś rzekła do niego:

- Skoro tylko wybije szósta, przyjdź do pałacu!

Zrobił więc, jak kazała, a król go zapytał:

- No i co, cały las wyrąbany?

- Tak - odrzekł królewicz.

Kiedy zasiedli potem przy stole, król powiedział:

- Nie mogę jeszcze oddać ci córki za żonę.

Winien jest bowiem dokonać dla niej jeszcze jednego czynu. Królewicz zapytał, co to ma być takiego.

- Mam bardzo dużą sadzawkę - rzekł król. - Jutro rano musisz tam pójść i wyszlamować ją, żeby była czysta jak lustro i pełna ryb.

Nazajutrz król dał królewiczowi szklaną łopatę, mówiąc:

- O szóstej sadzawka ma być gotowa.

Poszedł więc królewicz, a kiedy znalazł się nad sadzawką i wbił łopatę w bagno, złamała mu się. Wbił więc oskard w muliste dno, ale i ten pękł od razu. Zmartwił się srodze królewicz. I znów w południe najmłodsza królewna przyniosła mu coś do jedzenia i zapytała, jak mu się wiedzie. Odpowiedział, że wiedzie mu się całkiem źle i że tym razem już niechybnie głowę straci.

- Narzędzia znów mi się połamały.

- O! - powiedziała. - Niechże więc podejdzie i posili się trochę. A wtedy zrobi ci się zaraz raźniej na duszy.

- Nie - odrzekł. - Nie przełknę ani kęsa, jestem zbyt smutny.

I tym razem miłymi słowy namówiła go, aby do niej podszedł i choć trochę zjadł. Potem podrapała go za uchem, aż usnął. Wtedy zdjęła znów chustkę, zawiązała na niej supeł, uderzyła nim trzykroć o ziemię i zawołała:

- Hej, czeladka, do mnie!

Zaraz też powyłaziło z nor mnóstwo małych podziomków i wszystkie ją pytały, czego sobie życzy. Mają w ciągu trzech godzin wyszlamować sadzawkę, a musi być taka czysta, aby można się było w niej przejrzeć, i pełna rozmaitych rybek. Rozbiegły się tedy podziomki, aby skrzyknąć sobie do pomocy krewniaków i znajomych. W dwie godziny wszystko było gotowe. Stanęły więc znów przed królewną i oznajmiły:

- Rozkaz został wykonany.

Królewna chwyciła chustkę, uderzyła trzykroć o ziemię i zawołała:

- Czeladka, marsz do domu!

Po czym wszelkie podziomki znikły. Kiedy królewicz się zbudził, sadzawka była już oczyszczona. Królewna zaś odchodząc kazała mu o szóstej stawić się w pałacu. Król widząc go zaraz spytał:

- No i co, sadzawka wyszlamowana?

- Tak - odpowiedział królewicz.

A wtedy zasiedli do stołu, a król rzekł:

- Wprawdzie sadzawkę oczyściłeś, ale nie mogę ci oddać mojej córki. Musisz dokonać jeszcze jednej rzeczy.

- Jakiej to, królu? - spytał królewicz.

Król powiedział, że ma bardzo wielką górę, całą porośniętą cierniowymi krzakami. Otórz trzeba je wszystkie wyciąć, a na samym szczycie zbudować wspaniały zamek, tak piękny, że piękniejszego nikt nigdy nie widział. I wszystko, co trzeba, całe urządzenie, ma być wewnątrz.

Kiedy nazajutrz królewicz wstał, król dał mu szklaną siekierę i szklane wiertło i powiedział, że o szóstej wszystko ma być gotowe. Ledwie królewicz zamierzył się siekierą na pierwszy krzak, rozleciała się ona na tysiąc drobnych kawałków, a wiertło też na nic mu się nie zdało. Zmartwił się więc biedak bardzo i czekał tylko, kiedy przyjdzie jego ukochana i wybawi go z kłopotu.

Skoro nadeszło południe, zjawiła się i ona, niosąc mu jedzenie. Królewicz wyszedł jej na spotkanie, opowiedział o wszystkim, posilił się trochę, a kiedy go podrapała za uchem, usnął.

Wtedy królewna znów chwyciła chustkę z supłem, uderzyła nią trzykroć o ziemię i zawołała:

- Hej, czeladka, do mnie!

I tym razem mnóstwo podziomków powyłaziło z nor i wszystkie ją pytały, co im rozkaże.

Ona zaś rzekła:

- W trzy godziny musicie wyciąć te oto krzaki, a na wierzchołku góry ma stanąć zamek najpiękniejszy, jaki sobie można wymarzyć, a w środku musi być wszystko, co trzeba, całe urządzenie.

Podziomki rozbiegły się, by skrzyknąć sobie do pomocy krewniaków i znajomych. O wyznaczonej porze wszystko było gotowe. Stanęły tedy podziomki przed królewną, by jej to powiedzieć, ona zaś chwyciła chustkę, uderzyła nią trzykroć o ziemię i krzyknęła:

- Czeladka, marsz, do domu!

I podziomki znikły. A kiedy królewicz po przebudzeniu wszystko zobaczył, radował się niczym ptaszek bujający w przestworzach. Z wybiciem godziny szóstej wrócili oboje razem do królewskiego pałacu.

Król zapytał:

- Czy i zamek jest już gotowy?

- Tak - odrzekł królewicz.

Kiedy zasiedli przy stole, król powiedział:

- Nie mogę oddać najmłodszej córki, póki dwie starsze nie wyjdą za mąż.

Słysząc to królewicz i królewna bardzo się zasmucili i królewicz sam już nie wiedział, co teraz począć. Ledwie noc zapadła, wraz z królewną opuścił pałac. Uszli już kawałek drogi, kiedy nagle królewna obejrzała się i tuż za sobą zobaczyła własnego ojca.

- Ach! - zawołała. - Co my teraz zrobimy? Mój ojciec jest tuż za nami i zaraz nas dogoni. Zamienię ciebie w krzak cierniowy a siebie w różę. W środku krzaka będę chyba bezpieczna.

Skoro tylko ojciec znalazł się przy nich, na miejscu zbiegów zobaczył krzak cierniowy a w samym jego środku różę. Chciał zerwać różę, ale ciernie tak mu palce pokłuły, że musiał wracać do domu.

Żona jęła go wypytywać, dlaczego obojga młodych nie przyprowadził. Mąż jej na to, że był już o krok od nich, ale ni stąd, ni zowąd stracił ich z oczu, a na ich miejscu rósł krzak cierniowy i róża.

Rzekła tedy królowa:

- Trzeba było zerwać różę, a krzak na pewno poszedłby za nia.

Wyruszył więc król raz jeszcze, aby zerwać różę. Ale przez ten czas królewicz i królewna byli już bardzo daleko i król musiał ich znów gonić. Nagle córka obejrzała się i zobaczył ojca tuż za sobą.

- Ach, co mamy teraz zrobić? - zawołała. - Zamienię ciebie w kościół, a siebie w pastora, stanę na ambonie i zacznę wygłaszać kazanie.

Kiedy król już, już miał ich dopaść, w zamian ujrzał kościół, a w kościele na ambonie stał pastor i mówił kazanie. Król wysłuchał kazania i wrócił do domu. Królowa zaraz go spytała, dlaczego przyprowadził zbiegów.

On zaś na to:

- Bo długo ich goniłem, a kiedy już myślałem, że ich zaraz złapię, ujrzałem przed sobą nagle kościół, a na ambonie stał pastor i mówił kazanie.

- Trzeba było zabrać pastora - rzekła żona - a kościół na pewno by za nim poszedł! No cóż, tak to jest, jak się ciebie po coś pośle! Teraz nie ma już innego wyjścia: muszę się sama wybrać.

Po długiej wędrówce zobaczyła wreszcie z daleka parę uciekinierów i wtedy właśnie córka obejrzała się i spostrzegła zbliżającą się matkę.

- Ojej, to dopiero nieszczęście! - zawołała. - Moja matka zaraz nas dogoni! Zamienię ciebie w staw, a siebie w rybkę.

Zanim królowa ich pochwyciła, stanęła nagle nad brzegiem rozległego stawu, a na jego środku uwijała się zwinna rybka, coraz to wynurzając łepek z wody i rozglądając się wesoło. Królowa chciała koniecznie rybkę złapać, ale w żaden sposób nie mogła jej dosięgnąć. Rozzłościła się okrutnie i wypiła cały staw, byle dobrać się do rybki. Nagle jednak zrobiło jej się tak strasznie mdło, że musiała wypitą wodę z powrotem wypluć. I na koniec powiedziała:

- Widzę, że nic się tu już nie da zrobić.

Żeby oni tylko zechcieli do niej podejść! Udała się z powrotem do domu, a na pożegnanie ofiarowała jeszcze córce trzy włosie orzechy mówiąc:

- Przydadzą ci się w ostatniej potrzebie.

Po czym oboje młodzi powędrowali dalej.

Szli chyba z dziesięć godzin, aż stanęli u stóp zamku, z którego pochodził królewicz, zamek ów utaczała wieś. Kiedy się tam zatrzymali, królewicz rzekł:

- Zostań tutaj, najdroższa moja, a ja udam się do zamku i przyjadę tu po ciebie karetą wraz ze służącymi.

Na zamku powitano go radośnie, wszyscy bowiem byli szczęśliwi z powrotu królewicza. Opowiedział, że ma narzeczoną, która czeka na niego we wsi, i trzeba pojechać po nią zaraz karetą. Kazano więc czym prędzej zaprzęgać i zgraja sług obsiadła karetę. Królewicz właśnie miał do niej wskoczyć, kiedy matka pocałowała go na drogę i w tej samej chwili wszystko uleciało mu z pamięci: i to, co dotychczas przeżył, i to, co miał teraz zrobić. Królowa kazała więc wyprząc konie i wszyscy razem wrócili na zamek. Królewna zaś siedząc we wsi czekała i czekała, aż ktoś po nią przyjdzie, ale nikt się nie zjawiał. Najęła się więc do pracy we młynie należącym do zamku. Co dzień po południu musiała siedzieć nad wodą i myć naczynia. Pewnego razu królowa zeszła z zamku, by pospacerować nad wodą i spostrzegła pracowitą dziewczynę.

- A cóż to za robotna dziewczyna! - powiedziała. - Bardzo mi się ona podoba!

Wszyscy zwrócili oczy na królewnę, ale nikt jej nie rozpoznał.

Minęło sporo czasu, a królewna wciąż służyła młynarzowi wiernie i pracowicie. Królowa zaś wynalazła dla syna żonę z bardzo dalekich stron. Sprowadzono narzeczoną do zamku i wkrótce miały się odbyć zaślubiny. Zbiegło się mnóstwo ludzi ciekawych uroczystości. I królewna poprosiła młynarza, aby na parę dni zwolnił ją od pracy.

- Idź i zabaw się trochę - powiedział.

Przed wyjściem dziewczyna rozłupała jeden z trzech orzechów: była w nim śliczna suknia. Królewna włożyła ją i tak wystrojona poszła do kościoła, tuż pod sam ołtarz. Wkroczyła młoda para i usiadła pod ołtarzem. Właśnie pastor miał ich pobłogosławić, kiedy panna młoda obejrzawszy się spostrzegła stojącą z boku dziewczynę. Wstała natychmiast oświadczając, że nie weźmie ślubu, póki nie dostanie równie pięknej sukni, jaką ma owa dama. Młoda para wróciła więc na zamek i posłano do królewny sługę z zapytaniem, czy zechciałaby sprzedać swoją suknię. Nie, sprzedać jej nie zamierza, ale oddałaby ją pod pewnym warunkiem. Zapytano tedy, jak to należy zrozumieć. Odpowiedziała, że panna młoda dostanie suknię, jeśli pozwoli jej spędzić noc pod drzwiami królewicza. Narzeczona odrzekła, że się na to zgadza. Królewna położyła się więc na progu pod drzwiami i płacząc opowiedziała swemu ukochanemu o wszystkim, co dla niego zrobiła: że kazała wyrąbać dla niego las i oczyścić sadzawkę, że zbudowała mu zamek, że zamieniła go w krzak ciernisty, potem w kościół i wreszcie w staw, a on tak szybko o tym zapomniał. Królewicz natomiast nic z tego nie usłyszał, bowiem słudzy musieli mu dać przed wieczorem napój usypiający. Sami zaś zbudzili się i wszystko słyszeli, nie rozumieli jednak, co to ma znaczyć. Nazajutrz, kiedy wszyscy wstali, panna młoda ubrała się w piękną suknię i wraz z narzeczonymi pojechała do kościoła.

Tymczasem królewna otworzyła drugi orzech i znalazła w nim jeszcze piękniejszą suknię. Włożyła ją, poszła do kościoła i stanęła w pobliżu ołtarza. I wszystko odbyło się podobnie, jak za poprzednim razem. Królewna znów położyła się na noc w progu sypialni królewicza, a słudzy mieli mu dać napój usypiający. Dali zaś napój, który nie pozwolił mu zasnąć, choć królewicz położył się do łóżka. Dziewczyna od młynarza leżąc na progu sypialni królewicza znów płacząc opowiedziała o wszystkim, co dla niego zrobiła. Tym razem królewicz całą opowieść usłyszał i zrobiło mu się okropnie smutno - bo nagle przypomniał sobie to, co wydarzyło się w przeszłości. Chciał zaraz biec do swej ukochanej, ale matka zamknęła drzwi na klucz. Dopiero nazajutrz pośpieszył do królewny i wszystko jej opowiedział. Prosił, aby nie nosiła urazy w sercu, że o niej na tak długo zapomniał.

Wtedy królewna otworzyła trzeci orzech i znalazła w nim suknię jeszcze piękniejszą od dwóch poprzednich. Włożyła ją i pojechała ze swym narzeczonym do kościoła. Zbiegło się tam bardzo, bardzo wiele dzieci, które obsypały ich kwiatami i położyły im pod nogi kolorowe wstążki, a oni zostali przez pastora pobłogosławieni, po czym odbyło się huczne wesele. Zaś fałszywa matka i fałszywa narzeczona musiały opuścić zamek. A kto bajkę opowiedział, temu w gębie zaschło.


*     *     *     *     *
0.00
drukować drukować
grimmstories.com




Porównaj dwóch językach:

Klasyfikacja (Aarne-Thompson):


poprzednia bajka
nastepny bajka
strona glówna











Donations are welcomed & appreciated.


Thank you for your support.